środa, 23 października 2013

Zielony Djurgården

Po ponad tygodniowej nieobecności wracam z nowymi postami i mnóstwem zdjęć!
W końcu mam trochę czasu, żeby uporządkować wszystko to, co działo się przez ostatnie 7 dni, a było tego sporo, bo odwiedziła nas Alicja.
Ala kupiła bilet jeszcze zanim przeprowadziliśmy się do Szwecji (korzystając z promocji na Ryanairze) na szczęście nic niespodziewanego nie wydarzyło się po drodze- my nie musieliśmy zmieniać mieszkania, a ona dostała urlop i mogliśmy spotkać się i spędzić naprawdę uroczy tydzień :) Z Alą poznałyśmy się dopiero na studiach, ale i tak czuję jakbyśmy znały się całe życie. Przez 2 lata mieszkałyśmy razem w Krakowie i szczerze mówiąc- Ala jest jedną z tych osób, których brakuje mi na co dzień.
W środę, tuż przed północą wyruszyliśmy z Kubą odebrać Alę z dworca i nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zagwarantowali naszemu gościowi licznych niespodzianek. Okazja trafiła się już w 15 minut po jej przyjeździe- metro było już nieczynne udaliśmy się więc na przystanek autobusowy. Wsiedliśmy do autobusu, w którego rozkładzie była nasza dzielnica i oddaliśmy się radosnej rozmowie. Po jakimś czasie Kuba zauważył, że chyba wyjeżdżamy poza Sztokholm i poszedł zapytać się kierowcy kiedy będzie Sundbyberg, a on zaskoczony mówi, że ten autobus nie jedzie tam. Ostatecznie do mieszkania dotarliśmy o 3 w nocy, ale bogatsi o cenną wiedzę- nie ufać autobusom w stolicy (bo to już nie pierwszy raz, gdy rozkład mówi co innego niż faktyczna trasa).
Czwartkowy poranek spędziłyśmy na leżąco- pod kocem. W końcu tyle spraw było do obgadania. Ala nie jest typem nawiedzonego „zwiedzacza”, nie musiałyśmy wstawać z wschodem słońca i biegać po muzeach. W tym względzie jesteśmy niemal identyczne- jesteśmy raczej typem „chłoniacza” – chłoniemy atmosferę danego miejsca, wolimy posiedzieć na ławce w parku, poobserwować ludzi, wyszukać ładną kawiarnię i zjeść w niej ciastko niż biegać z przewodnikiem w ręce i odhaczać miejsca. Mogłyśmy w spokoju zjeść śniadanie i zastanowić się co robimy dalej z rozpoczętym dniem. Za oknem było szaro i nie miałyśmy ochoty na dalekie wycieczki, umówiłyśmy się więc z Kubą na lunch. Do wyboru miałyśmy kilka miejsc na kampusie, ale ponieważ był czwartek, a czwartki Szwedzi jedzą grochówkę i naleśniki (serio!) to w prawie każdej knajpce serwowali właśnie ten wspaniały miks. Koniec końców wybraliśmy opcję otwartego chińskiego bufetu, wybór nie powalał, ale Ali udało się skomponować całkiem interesujące danie-kurczak z bitą śmietaną. Pierwszą porcję zjadła ze smakiem, zachwalając jakie to dobre, że ten sosik taki delikatny i nawet namówiła Kubę, żeby przy dokładce koniecznie go spróbował. Gdy ten stwierdził, że „hmm to chyba nie sos czosnkowy, ale bita śmietana do naleśników” Ali nagle przestało smakować. Myślę więc „nudno to nam przez najbliższy tydzień na pewno nie będzie” :)
Nie chcę przeciągać więc przejdźmy do rzeczy: zabieram Was dziś na Djurgården- wyspę, którą koniecznie musicie odwiedzić będąc w Sztokholmie. Nawet teraz te byłe łowieckie tereny skradły moje serce, nie mogę się doczekać, aby zobaczyć je wiosną.

Pamiętacie z poprzedniego posta bramę, na której były złote jelonki? Wiedziałam, że za takim wejściem musi kryć się coś ekstra, ale nie sądziłam, że taka zaczarowana kraina może istnieć w centrum wielkiego miasta.

Blisko wejścia znajduje się całkiem sympatyczna kawiarnia helin voltaire
Na wyspie mieszka też Rocky, ale niestety nie udało nam się go spotkać.

W centralnej części wyspy znajduje się ogród. Chociaż nie wiem, czy ogród to dobre słowo- to wszystko przypomina bardziej ogródki działkowe dostępne dla wszystkich. Są szklarnie, pola uprawne, grządki warzywne, krzewy owocowe i mnóstwo kwiatów. Przy kwiatowym ogródku widnieje taka oto tabliczka zachęcająca do zrywania kwiatów :) Według mnie- super pomysł!
Niestety kwiatowy sezon zbliża się ku końcowi, dlatego ciężko zebrać ładny bukiet.
Można tu kupić sadzonki drzew i krzewów. Jedna ze szklarni została przerobiona na kawiarnię. Była niedziela i mnóstwo ludzi dlatego nie weszliśmy do środka.
Nawet wróble tu ucztują.
W kolejnej szklarni znajdował się śliczny sklepik z cebulkami, żywymi kwiatami i innymi ogrodniczymi akcesoriami. Wnętrze było prześliczne-w stylu, który wprost uwielbiam. Zrobiłam tam mnóstwo zdjęć (ale większość analogiem).
Tuż obok znajduje się kawiarnia na świeżym powietrzu. W takim otoczeniu wszystko smakuje lepiej :)
Uwielbiam to, że w tym kraju dużą wagę przykłada się do detali. Ten słodki napis to potwierdza :)

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

jest tak pięknie..........że aż nie wiem co napisać;) Korzystaj jak najwięcej! Daria

dziękuje :* :) i oczywiście zapraszam!

wreszcie ktos nadal dobra nazwe na typ podroznika jakim i ja jestem - chloniaczem :-)))
piekne, cieple zdjecia!

Prześlij komentarz

Follow by Email

O mnie

Moje zdjęcie
Po dwudziestu pięciu latach życia w Polsce postanowiłam sprawdzić jak zimna jest Szwecja i jak się żyje na północy. Lubię banały, smutne piosenki, kwiaty hortensji, tradycyjną fotografię, pistacje i czekoladę. Nie lubię: szczęśliwych zakończeń w filmach i zimnych dłoni. //// After spending twenty-five years in Poland I've decided to check out how cold Sweden is, and how is life going there. I like: cliches, sad songs, hydrangea flowers, analog photography, pistachios and chocolate. I don't like: happy endings in movies and cold hands.
Obsługiwane przez usługę Blogger.