niedziela, 16 lutego 2014

trochę o tym i o tamtym

Dziś taki post z cyklu "nie mam o czym pisać więc wrzucę zdjęcia".
Ciężko się zmobilizować do jakichś dłuższych wywodów, bo póki co na moje barwne życie składają: praca, nauka szwedzkiego i weekendowe lenistwo :)Czasem też jakieś większe bądź mniejsze wypady w miasto. Ale to nic takiego, o czym można by tu pisać elaboraty.
Nie sądziłam, że poza moją rodziną i znajomymi (dla których zaczęłam prowadzić bloga) ktokolwiek czyta to, co piszę, ale dostaję coraz więcej wiadomości od zupełnie obcych osób, co jest baaardzo miłe. Najczęściej są to pytania o naukę szwedzkiego, życie na północy, więc jeśli chcecie jeszcze o coś zapytać- to piszcie śmiało- w razie swoich możliwości postaram się pomóc :).
Najczęściej przewijającym się pytaniem jest: "jak nauczyć się szwedzkiego?". Postanowiłam, że w kilku zdaniach opiszę jak mi idzie (ale zaznaczam, że jestem totalnie początkująca! ;)). Szczerze mówiąc jeszcze nie wiem jak skutecznie nauczyć się szwedzkiego-ale wydaję mi się, że same kursy po 2h w tygodniu mogą nie wystarczyć. Nie chodzi o to, że szwedzki jest bardzo skomplikowany (bo nie jest!), ale o to, że gramatyka i słownictwo to nic w porównaniu do wymowy. Możemy świetnie poznać zasady, a i tak niewiele zrozumieć będąc już w Szwecji. Dla mnie nauka szwedzkiego to przyjemność, po pięciu latach na filologii słowiańskiej, nauka języka, w którym czasownik nie odmienia się przez osoby jest miłą odmianą ;).
Ale żeby nie było tak kolorowo, jak wszyscy na początku swojej drogi, mam spore problemy z przestawieniem się na "śpiewną wymowę" no i oczywiście z opanowaniem długich i krótkich samogłosek.
W mailach padają pytania, gdzie uczę się szwedzkiego i czy mogę polecić jakieś materiały do samodzielnej nauki. Nie jestem ekspertką w tej dziedzinie, bo języka uczę się dopiero od miesiąca, ale zawsze wszystkim pytającym polecam serię Ucz się szwedzkiego z Trollem, a ćwiczyć samogłoski można tu (klik). Poza tym szwedzkiego uczę się na kursie SFI, a to jednak zupełnie co innego niż samemu. Tajemniczy skrót SFI to nic innego jak 'svenska för invandrare', czyli szwedzki dla imigrantów. Każdy nowo przybyły mieszkaniec ma, po zarejestrowaniu pobytu i wyrobieniu szwedzkiego peselu, prawo do darmowej nauki języka. W tym celu należy wysłać aplikacje do szkoły w swojej komunie (dzielnicy) i oczekiwać na przyznanie miejsca. Ja na swoje czekałam dosyć długo, bo 3 miesiące. Do wyboru jest kilka rodzajów kursów (w skrócie: różne poziomy i czasy trwania). Ja zdecydowałam się na kurs dzienny, na który składają się 3h zajęć, 5 dni w tygodniu. Gdy składałam podanie nie wiedziałam jeszcze, że uda mi się znaleźć pracę, dlatego muszę troszkę kombinować, aby pogodzić te dwie rzeczy. Ale nie narzekam! Nasłuchałam się i naczytałam mnóstwo negatywnych opinii o kursach SFI (że wolno, że fatalni nauczyciele, że nikomu się nie chce-bo większość emigrantów musi odpękać te 3h dziennie, żeby dostać zasiłek-mowa oczywiście o uchodźcach z Somalii, Iraku i innych). Na szczęście większość z tych opinii (przynajmniej w moim odczuciu) nie okazała się prawdziwa. Mam bardzo fajną grupę-większość to osoby z Syrii, ale też kilka z Europy, Afryki i Iranu. Z tego co zdążyłam zauważyć Syryjczycy są bardzo zdeterminowani i bystrzy. Wstyd się przyznać, ale wcześniej nie za dużo wiedziałam o Syrii (trochę się to zmieniło po sierpniowej masakrze), a o Syryjczykach jeszcze mniej. Ci, z którymi jestem w grupie to w większości młodzi, wykształceni ludzie, zawsze przygotowani do zajęć i chętni do nauki. Nauczycieli też mamy świetnych, a najlepsze jest to, że 6h tygodniowo jest przeznaczonych wyłącznie na ćwiczenia z wymowy, co bardzo ułatwia rozumienie tego, co słyszę w metrze, w sklepie, czy na ulicy.
Tyle jeśli chodzi o mój kurs, teraz czas na zdjęcia z ostatnich 4 miesięcy.
Zajadam się ciastkiem w jednej z moich ulubionych kawiarni- Garden. Tu akurat zdjęcie z wypadu z Pauliną, ale zaglądam tam systematycznie. To miejsce, w którym na chwilę zapominam o tym, że jest zima (w zasadzie jesień, bo śnieg leżał tu może kilka dni) :)
Z Pauliną również spacerowałyśmy po Djurgarden, każda szklarnia ozdobiona była przedświątecznymi lampkami, co dawało świetny klimat!
Na szczęście dni, w których ciemno robiło się już o 15:00 minęły, a dni są coraz dłuższe
Część zdjęć jest autorstwa Pauliny, jak np. to i kilka kolejnych:
na chwilę wracamy na Sandhamn
i na naszą dzielnicę
nie mogę doczekać się lata i kąpieli w morzu :)
poza tym zdrowo się odżywiamy...
...pieczemy własne kanelbullary...
...i domową pizzę :)W planach mieliśmy kupno biletów do Rzymu, ale niestety nasze (moje i kuby) grafiki się nie zgrywają więc pozostała tylko możliwość wycieczki do włoskiego sklepu i zakup mąki typu 00, z której powstaje prawdziwa włoska pizza. Kuba nie docenił tej wybitnej mąki, ale dla mnie bije na głowę zwykłą pszenną ;-)
I to by było na tyle, w następnej notce pokaże Wam moją ulubioną szwedzką muzykę. Okazja ku temu będzie dobra, gdyż w piątek idziemy na koncert jednej z gwiazd szwedzkiej sceny muzycznej :)Miłego tygodnia!

3 komentarze:

~Lydka pisze...

Uwielbiam Twoje zdjecia. :) pozdrawiam!

Mika. Z przyjemnością czytamy Twoje posty. Czekamy na więcej.

Prześlij komentarz

Follow by Email

O mnie

Moje zdjęcie
Po dwudziestu pięciu latach życia w Polsce postanowiłam sprawdzić jak zimna jest Szwecja i jak się żyje na północy. Lubię banały, smutne piosenki, kwiaty hortensji, tradycyjną fotografię, pistacje i czekoladę. Nie lubię: szczęśliwych zakończeń w filmach i zimnych dłoni. //// After spending twenty-five years in Poland I've decided to check out how cold Sweden is, and how is life going there. I like: cliches, sad songs, hydrangea flowers, analog photography, pistachios and chocolate. I don't like: happy endings in movies and cold hands.
Obsługiwane przez usługę Blogger.