niedziela, 26 stycznia 2014

Co nowego w nowym roku

Tak dawno nic tu nie pisałam, że już prawie zapomniałam się to robi ;)
Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, to tylko i wyłącznie wina moja i mojego lenistwa, że ostatnia notka jest z datą 17 grudnia. Postanowiłam, że dodam dziś małe podsumowanie ostatniego miesiąca, a co ciekawsze szczegóły, wydarzenia rozwinę w kolejnych wpisach.

Co się działo u nas po 17 grudnia?

Ponieważ pogoda była taka sobie (temperatura na plusie, deszcz i takie tam) niespecjalnie dało się odczuć świąteczną atmosferę w Sztokholmie. Raz zorganizowałam nam wypad do centrum na świąteczne zakupy, ale zakończyły się one ekspresowo. Masa ludzi, masa deszczu, masa błota. Te trzy czynniki skutecznie zniechęciły nas do buszowania po sklepach i większość prezentów zamówiliśmy przez internet z dostawą do Polski (no dobra, szwedzkie ceny też nie zachęcały nas jakoś specjalnie :)). Na kilka dni przed wylotem do Polski wybraliśmy się na szybki spacer po centrum-żeby obejrzeć z bliska choinkę. Nie wiem czy wiecie, ale w Sztokholmie stoi najwyższa na świecie naturalna choinka (dokładnie jest to jodła), ma 36 m wysokości, w tym roku ozdobiona jest wieeelkimi piernikami, cukrowymi laskami i zabawkami.


tego dnia nad brzegiem było mnóstwo albatrosów, bardzo lubię te duże ptaki, one i mewy dają mi pewność, że mieszkam nad morzem :)

23 grudnia przylecieliśmy do Polski i spędziliśmy tam 11 dni. Pierwszy tydzień (w tym całe święta) byliśmy w Wyszkowie, drugi (łącznie z sylwestrem) w Krakowie. Święta jak to święta, minęły szybko (niestety!). Mieliśmy okazję najeść się na zapas typowo polskich smakołyków no i oczywiście wróciliśmy do Szwecji z prawie całym wyposażeniem kuchni ;) (Mikołajom dziękujemy za ekspres do kawy, sokowirówkę i blender i oczywiście za wszystkie inne większe i mniejsze prezenty, których tu nie wymieniam). Teraz jesteśmy już całkowicie samowystarczalni- pieczemy własny chleb, robimy własne soki...może niedługo i masło zaczniemy samodzielnie wytwarzać ;P.

u babci pod choinką znalazło się naprawdę sporo prezentów :) (zdjęcia są z telefonu, zapożyczone od Darii-nie brałam aparatu do Polski)

Tuż po świętach również czekała na nas niemała atrakcja-wypad do hotelu Narvil. Ponad dwa miesiące temu Daria zapytała nas, czy nie mielibyśmy ochoty wybrać się z nimi do hotelowej restauracji Aruany. O Aruanie, a raczej o wspaniałej kuchni, którą tam serwują dowiedziałam się przypadkiem w wakacje od mamy. Czytała w gazecie o młodym kucharzu - Witku Iwańskim, który wraz ze swoim zespołem zdeklasował konkurencję na zeszłorocznym Wine&Food Noble Night, zgarniając główne nagrody we wszystkich trzech kategoriach (przystawka, danie główne i deser). Bardzo chcieliśmy z Kubą spróbować kuchni molekularnej (chyba wszyscy wiedzą z jakich względów :D) i mieliśmy w planach wizytę w Amaro, ale w związku z otrzymaniem przez restaurację gwiazdki Michelin, stolik trzeba rezerwować nawet z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Bardzo się cieszę, że zdecydowaliśmy się jednak na menu degustacyjne w Aruanie, bo to był naprawdę fantastyczny wieczór, z niesamowitym jedzeniem. O samej kolacji na pewno napiszę w kolejnym poście.
mała zapowiedź :)

W Krakowie spędziliśmy super intensywne kilka dni, to była cała skomplikowana logistyka, jak umówić się ze wszystkimi, o której z kim i gdzie. Na szczęście udało się zobaczyć z wszystkimi, z którymi od wakacji się nie widziałam (chociaż niektórzy odwiedzili nas w Szwecji :)). Sylwestra spędziliśmy w kameralnym-kilkunastoosobowym gronie, w mieszkaniu Dominiki i Przemka. Do 24:00 graliśmy w gry (człowiek na stare lata wpada na coraz bardziej wymyślne formy spędzania sylwestrowej nocy), po powitaniu nowego roku rozkręciliśmy się i oddaliśmy beztroskiej zabawie do rekordowej (jak na nasze starcze warunki) godziny 5:00 rano.
Tak w wielkim skrócie wyglądała nasza świąteczna przerwa. Do Sztokholmu przylecieliśmy 3 stycznia. Nawet nie wyobrażacie sobie jak ciężko jest zmieścić wszystko, co się chce zabrać z Polski i gdy ma się tylko 20 kg nadawanego bagażu + 20 kg podręcznego (Ryanairze giń!).

Pierwszy szwedzki weekend również zapowiadał się interesująco. Tuż przed świętami Daria z Jukką kupili sobie bilety do Sztokholmu i przylecieli do nas w piątek. Spędzili u nas tylko dwa dni (po wyprawie do Tajlandii i świętach w Polsce nie mieli co liczyć na dłuższe urlopy). Z tego również względu nie planowaliśmy intensywnego zwiedzania-ot mały spacer, obiad, kawa na mieście i powrót do mieszkania. Wieczorami graliśmy w planszówki (dzięki Ala za K2!), piliśmy wino, śmialiśmy się i rozmawialiśmy do późnych godzin nocnych. Właśnie w ten weekend spadł też pierwszy śnieg w Sztokholmie (który razem z mrozem utrzymuje się do dnia dzisiejszego).

Nowy rok jest dla mnie bardzo łaskawy. Najważniejsze- znalazłam w końcu pierwszą szwedzką pracę! Sama nie wierzę w ten splot pozytywnych informacji: mała szwedzka firma (na szczęście szwedzki nie był wymagany :)), w samym centrum (mam idealny dojazd pod samą pracę metrem), do pracy przyjęli mnie tego samego dnia, którego miałam rozmowę, dodatkowo w biurze panuje swojska, luźna atmosfera no i co najważniejsze w pracy używam sporo j. polskiego i co najśmieszniejsze będę używać również czeskiego! Nie sądziłam, że kiedykolwiek znajomość tego języka będzie mi jeszcze potrzebna (no cóż, nie oczekiwałam, że w Szwecji będę mogła liczyć na jakikolwiek kontakt z moim kierunkowym językiem), a tu proszę! Wybrali mnie głównie ze względu na idealny według nich miks języków: polski+czeski.

Dodatkowo, w końcu doczekałam się na swoje miejsce na kursie szwedzkiego. Zaczynam już jutro! Zapisałam się na kurs dzienny (5 dni w tygodniu po 3h)-będzie więc bardzo intensywnie.
Z nowości-otworzyłam swoje pierwsze szwedzkie konto, dostałam swoją pierwszą szwedzką kartę podatnika i po raz pierwszy odwiedziłam Danshuset (dom tańca). Wybrałyśmy się z Magdą (poznaną niedawno na szwedzkiej ziemi:)) na taneczno-akrobatyczny spektakl "Knitting peace", wystawiany przez grupę Cirkus Cikor. Magda wysłała mi trailer spektaklu, mówiąc,że to chyba moje klimaty i powinno mi się spodobać. Szczerze mówiąc spodziewałam się całkiem przyzwoitych akrobacji, ale to co zobaczyłam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Tyle słów ciśnie mi się na usta, ale to wszystko i tak będzie niewystarczające- to po prostu trzeba zobaczyć. Miks smutku, radości, dziwności, niepokoju, przepięknej muzyki, delikatności, ale i siły sprawił, że to jedne z piękniejszych 2 godzin w moim życiu.
Obejrzyjcie zapowiedź i koniecznie śledźcie stronę grupy.



Pewnie nikt nie ma siły czytać tak długiego i rozwlekłego podsumowania więc już bez zbędnych ceregieli żegnam się na dziś i obiecuję pisać regularnie!

3 komentarze:

ExLoverBoy pisze...

ja przeczytałem !!!
lowe

~Lydka pisze...

Rowniez przeczytalam ;) udanego 2014!

Przeczytałam i ja ;) Miło czytać, że wszystko się u Ciebie układa ;) Buziaki z zimnej i mroźnej stolicy - Natalia :*

Prześlij komentarz

Follow by Email

O mnie

Moje zdjęcie
Po dwudziestu pięciu latach życia w Polsce postanowiłam sprawdzić jak zimna jest Szwecja i jak się żyje na północy. Lubię banały, smutne piosenki, kwiaty hortensji, tradycyjną fotografię, pistacje i czekoladę. Nie lubię: szczęśliwych zakończeń w filmach i zimnych dłoni. //// After spending twenty-five years in Poland I've decided to check out how cold Sweden is, and how is life going there. I like: cliches, sad songs, hydrangea flowers, analog photography, pistachios and chocolate. I don't like: happy endings in movies and cold hands.
Obsługiwane przez usługę Blogger.